W oratorium każdego dnia mogę spotkać wiele dzieci. Mimo iż minęły dwa miesiące mojej pracy w Mansie, wciąż widuję nowe i nieznajome mi twarze. Są też takie, które rozpoznają mnie z daleka i kiedy wychodzę z domu wykrzykują i biegną aby się przywitać. Mogę znaleźć tam malutkie dzieci, które owinięte w czitengi noszone są na plecach ich starszego rodzeństwa, aż po te starsze, które chodzą do szkoły, przeżywają swoje pierwsze zakochania i są mi najbardziej pomocne przy organizacji zabaw.
Jednym z chłopców których poznałam jest Chiciala. To drobny
czteroletni chłopiec, który ma brata i dwie siostry. Jakiś czas temu jego mama
przyszła do naszej szkoły garażowej, aby zapisać swojego starszego syna na
zajęcia. Nie stać jej aby dzieci poszły do normalnej płatnej szkoły w Zambii.
Nie stać jej także na nowe i lepsze ubranka. Podobno Chiciala, jej młodszy syn,
jeszcze do niedawna wstawał bardzo wcześnie rano i po prostu wymykał się z
domu, a wracał późnym wieczorem. Nie dziwię się, że tak było, bo tego małego
Rozbójnika można było spotkać dosłownie wszędzie.
Chłopiec przychodził do szkoły garażowej, aby zobaczyć co robią
uczniowie. Często pukał do drzwi domku w którym mieszkam, zaglądał do okna i
nawoływał, aby do niego przyjść. Kilka dni temu obserwowałam jak razem ze
swoimi dwoma kolegami, rolowali pustą beczkę po całym podwórku sióstr
salezjanek, oraz bawili się na przyczepie samochodu stojącego w pobliżu.
Chciali udało się nawet przejechać kilka metrów z siostrą Doną w samochodzie.
Chłopiec pojawiał się również na
poniedziałkowych spotkaniach liderów oratorium. Siadał zazwyczaj obok siostry
Grendy, która pozwalała my bawić się swoim telefonem. Nikogo nie dziwiło, jak
podczas przemówienia księdza Makariusa słychać było odgłosy przyciskanej
klawiatury. Widziałam również jak chłopiec razem z panem ogrodnikiem wspólnie
jedli chimę z tego samego talerza.
Chiciala jest bardzo żywiołowy. Szybko się brudzi, bo
wszystkiego musi dotknąć, spróbować jak działa. Wielokrotnie zdarzyło się, że
ktoś go umył przy kranie z wodą, ale za chwilę potem po czystości nie było
widać śladu. Pewnie dlatego ciągle chodził w tych samych pobrudzonych ubrankach
i w spodenkach, które czasami spadały podczas górnolotnych zadań. Często, gdy
tylko mnie zauważa, biegnie z daleka, aby wpaść z rozpędem w moje ramiona. Tak
jak każdy potrzebuje tego co najważniejsze, miłości i zauważenia.
Dwa tygodnie temu zdarzył mu się wypadek. Ktoś na mieście podał
chłopcu napój do picia, który okazał się mocnym alkoholem. Chiciala trafił do
szpitala. Podobno lekarzowi i siostrom salezjankom, które go odwiedzały,
powiedział, że musi szybko wracać do Don Bosco, do oratorium. Już po kilku
dniach spotkałam go na Maria Camp, gdzie przysłuchiwał się bratu Faith i wcinał
bułę z masłem obok pań kucharek, przygotowujących posiłek dla uczestników
weekendowych rekolekcji.
Ostatnio życie małego chłopca zmieniło się diametralnie, bo
przy pomocy sióstr salezjanek, Chiciala otrzymał nowe ubranka, oraz zaczął
chodzić do przedszkola Don Bosco. Nie dziwi mnie to, że ludzie których spotykam
tutaj na placówce już od dawna mówią na niego Mały Salezjanin. Bo jego
prawdziwym domem w ciągu dnia jest salezjańska placówka.
"Wystarczy, że jesteście młodzi, abym was kochał". - św. Jan Bosko
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz