Minęły zaledwie dwa tygodnie od kiedy
jestem w Zambii. Za mną długa podróż samolotem ponad chmurami, z niesamowitym
widokiem na oświetlony brzeg północnej Afryki, męcząca dwunastogodzinna
przejażdżka autobusem z Lusaki do Mansy. Pierwsze spotkania z dziećmi w
oratorium, pierwsze poranne msze w języku bemba, pierwsze noce z gwiazdami
bliższymi ziemi i hałaśliwymi świerszczami za oknem. Wszystko byłoby pięknie,
gdyby nie choroba, która rozłożyła mnie w łóżku na kilka dni. Będąc ciągle w
pokoju i nie mając siły na wykonywanie wielu rzeczy, miałam czas do namysłu.
Na początku pojawiła się pewność, że to
normalne, bo dla każdego Europejczyka taka zmiana klimatu wiąże się z różnymi
dolegliwościami. Potem, kiedy słyszałam ekscytujące wrażenia Magdy z pracy z
dziećmi, pojawiła się zazdrość ale i myśl, że trzeba spokornieć, że nie jestem
Zbawicielem świata i beze mnie ludzie też sobie świetnie poradzą. A przy
wysokiej gorączce pojawił się lęk i łzy, że będę musiała wcześniej wracać do
Polski. Na pewno już za chwilę. Bo to angina. Bo zapalenie zatok… I wtedy
odczułam to najważniejsze... Niesamowitą świadomość tego, że jestem w Afryce,
na misjach, o których tak długo i wiernie marzyłam. Ogromne poczucie daru, że
Bóg dał mi ten rok pracy z dziećmi, aby dając swoje świadectwo przybliżać ludzi
do Najwyższego. To pragnienie… które w trakcie rocznych przygotowań do wyjazdu
na wolontariat, jakby się gdzieś ukryło, a teraz na nowo ze łzami w oczach i
rozpalonym sercem ukazało się na nowo, w pełni radości.
Będąc w domku i zażywając lekarstwa,
słyszałam głosy dzieci, radosne ich okrzyki przy zabawie, muzykę w rytm której
małe nóżki z pewnością tupały po czerwonej ziemi i czułam wielki żal, że mnie
tam z nimi nie ma, że marnuję tylko czas, który mi został dany. Może właśnie po
to, aby przez tą moją słabość i chorobę uświadomić sobie tak wiele…
Tutaj dzieci często bywają niegrzeczne,
obecnie sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić, wypytują o pieniądze. Starsi
mężczyźni uważają mnie i Magdę za ideał piękna i czasami bardzo nachalnie
szukają naszego towarzystwa. Za to kobiety, aby się dowartościować zakładają
peruki z prostymi czarnymi włosami, by być bliżej europejskiego schematu
kobiecości. Mimo to, z ogromnym pragnieniem chcę być właśnie z tymi dziećmi, z
tymi ludźmi, których napotykam na swojej drodze i za każdym razem posyłać im
najszczerszy uśmiech, ciepło swojej dłoni przy powitaniu na dzień dobry! I
miłość… tą która, choć krucha i słaba, trochę przemieni drugie serce i może zostanie
drogowskazem do większej i pełnej Miłości jaką jest Jezus, który nie zwraca
uwagi na kolor skóry, miejsce pochodzenia, czy wykształcenie.
Już niebawem, bo od 5 września rozpoczyna
się kolejny semestr nauki. Razem z Magdą będziemy uczyły biedniejsze dzieci w
naszej szkole garażowej, tuż obok naszego domku. Będę prowadziła dzieciom
zajęcia z matematyki. Mimo iż nie mam wykształcenia pedagogicznego, będę
starała się jak najlepiej nauczyć dzieci podstaw nauk ścisłych. Jeszcze nie
wiem w jaki sposób wytłumaczyć coś co jest dla mnie takie oczywiste, w dodatku
mówiąc to w niedoskonałym języku angielskim, do dzieci, które mówią znacznie
lepiej w języku bemba. Jednak najbardziej pragnę, aby nauczyły się więcej
kochać i siebie i innych, a przez to zbliżyły się do samego Boga.
„<<Panie, na Twoje słowo, zarzucę
sieci.>>
To zaś zawierzenie stało
się fundamentem apostolskiej misji
jaką Chrystus przekazał Piotrowi mówiąc:
<<Nie bój się, odtąd już ludzi łowić będziesz.>> ”
- św.
Jan Paweł II

Kochana Misjonarko!
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że czujesz się już lepiej. To co spotyka nas w życiu jest albo błogosławieństwem albo lekcją. Bardzo dobrze, że wyciągnęłaś wnioski z choroby. Bardzo dobrze, że Go wysłuchałaś.
O naukę się nie martw. Przed każdą lekcją się pomódl. Ja kiedyś też uczyłam obawiając się o swój angielski, ale dałam radę. Nie sama. On da Ci słowa. On da Ci siły.
Pamiętaj, że cały czas tam z Tobą jestem. :)