czwartek, 1 września 2016

Misja


    Minęły zaledwie dwa tygodnie od kiedy jestem w Zambii. Za mną długa podróż samolotem ponad chmurami, z niesamowitym widokiem na oświetlony brzeg północnej Afryki, męcząca dwunastogodzinna przejażdżka autobusem z Lusaki do Mansy. Pierwsze spotkania z dziećmi w oratorium, pierwsze poranne msze w języku bemba, pierwsze noce z gwiazdami bliższymi ziemi i hałaśliwymi świerszczami za oknem. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie choroba, która rozłożyła mnie w łóżku na kilka dni. Będąc ciągle w pokoju i nie mając siły na wykonywanie wielu rzeczy, miałam czas do namysłu.

     Na początku pojawiła się pewność, że to normalne, bo dla każdego Europejczyka taka zmiana klimatu wiąże się z różnymi dolegliwościami. Potem, kiedy słyszałam ekscytujące wrażenia Magdy z pracy z dziećmi, pojawiła się zazdrość ale i myśl, że trzeba spokornieć, że nie jestem Zbawicielem świata i beze mnie ludzie też sobie świetnie poradzą. A przy wysokiej gorączce pojawił się lęk i łzy, że będę musiała wcześniej wracać do Polski. Na pewno już za chwilę. Bo to angina. Bo zapalenie zatok… I wtedy odczułam to najważniejsze... Niesamowitą świadomość tego, że jestem w Afryce, na misjach, o których tak długo i wiernie marzyłam. Ogromne poczucie daru, że Bóg dał mi ten rok pracy z dziećmi, aby dając swoje świadectwo przybliżać ludzi do Najwyższego. To pragnienie… które w trakcie rocznych przygotowań do wyjazdu na wolontariat, jakby się gdzieś ukryło, a teraz na nowo ze łzami w oczach i rozpalonym sercem ukazało się na nowo, w pełni radości. 


     Będąc w domku i zażywając lekarstwa, słyszałam głosy dzieci, radosne ich okrzyki przy zabawie, muzykę w rytm której małe nóżki z pewnością tupały po czerwonej ziemi i czułam wielki żal, że mnie tam z nimi nie ma, że marnuję tylko czas, który mi został dany. Może właśnie po to, aby przez tą moją słabość i chorobę uświadomić sobie tak wiele…
     Tutaj dzieci często bywają niegrzeczne, obecnie sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić, wypytują o pieniądze. Starsi mężczyźni uważają mnie i Magdę za ideał piękna i czasami bardzo nachalnie szukają naszego towarzystwa. Za to kobiety, aby się dowartościować zakładają peruki z prostymi czarnymi włosami, by być bliżej europejskiego schematu kobiecości. Mimo to, z ogromnym pragnieniem chcę być właśnie z tymi dziećmi, z tymi ludźmi, których napotykam na swojej drodze i za każdym razem posyłać im najszczerszy uśmiech, ciepło swojej dłoni przy powitaniu na dzień dobry! I miłość… tą która, choć krucha i słaba, trochę przemieni drugie serce i może zostanie drogowskazem do większej i pełnej Miłości jaką jest Jezus, który nie zwraca uwagi na kolor skóry, miejsce pochodzenia, czy wykształcenie.

   
     Już niebawem, bo od 5 września rozpoczyna się kolejny semestr nauki. Razem z Magdą będziemy uczyły biedniejsze dzieci w naszej szkole garażowej, tuż obok naszego domku. Będę prowadziła dzieciom zajęcia z matematyki. Mimo iż nie mam wykształcenia pedagogicznego, będę starała się jak najlepiej nauczyć dzieci podstaw nauk ścisłych. Jeszcze nie wiem w jaki sposób wytłumaczyć coś co jest dla mnie takie oczywiste, w dodatku mówiąc to w niedoskonałym języku angielskim, do dzieci, które mówią znacznie lepiej w języku bemba. Jednak najbardziej pragnę, aby nauczyły się więcej kochać i siebie i innych, a przez to zbliżyły się do samego Boga.


„<<Panie, na Twoje słowo, zarzucę sieci.>>  
To zaś zawierzenie stało się fundamentem apostolskiej misji 
jaką Chrystus przekazał Piotrowi mówiąc: 
<<Nie bój się, odtąd już ludzi łowić będziesz.>> ”
- św. Jan Paweł II

1 komentarz:

  1. Kochana Misjonarko!
    Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. To co spotyka nas w życiu jest albo błogosławieństwem albo lekcją. Bardzo dobrze, że wyciągnęłaś wnioski z choroby. Bardzo dobrze, że Go wysłuchałaś.
    O naukę się nie martw. Przed każdą lekcją się pomódl. Ja kiedyś też uczyłam obawiając się o swój angielski, ale dałam radę. Nie sama. On da Ci słowa. On da Ci siły.
    Pamiętaj, że cały czas tam z Tobą jestem. :)

    OdpowiedzUsuń