poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Trzeba wyjść z łodzi...


...żeby chodzić po wodzie

Zaledwie kilkanaście dni dzieli mnie od wyruszenia w podróż życia. 18 sierpnia wyląduję na Czarnym Lądzie i rozpocznę wolontariat na placówce misyjnej sióstr salezjanek w Mansie. Będę pracować wśród zambijskich dzieci i młodzieży. Moje największe pragnienie w końcu się ziści. I tym sposobem zacznę chodzić po wodzie.

Zanim jednak to się stanie muszę wiele opuścić. Na ten rok pozostawiam w Polsce moją rodzinę – bliższą i dalszą, moich przyjaciół, znajomych… Osoby, bez których nie byłabym tym, kim jestem. Wyjeżdżam z Łodzi – miasta, które ludziom wydaje się smutne i szare, a które mnie dało poczucie prawdziwej wolności.
To właśnie tu, w tej łodzi, czułam się bezpiecznie. W tej łodzi spotkałam Jezusa, który uciszał moje życiowe burze. W tej łodzi nie musiałam nikogo udawać, a wręcz przeciwnie - dzięki mojej wspólnocie z duszpasterstwa akademickiego i dobroci ludzkich serc, każdego dnia coraz bardziej stawałam się sobą. W tej łodzi doświadczyłam pomocy w trudnych chwilach i kochając, uczyłam się miłości.
Zabieram ze sobą wspomnienia… Od nieprzypadkowego spotkania w windzie, od którego wszystko się zaczęło, aż po to decydujące… posłanie misyjne. Trudno jest to zostawić, oddać, w pewien sposób stracić – choćby na chwilę. Dlaczego? Bo to mój największy skarb.



       Słowo DZIĘKUJĘ, to za mało by wyrazić wdzięczność za to wszystko, czym zostałam obdarzona. Jestem onieśmielona faktem, iż Bóg powołuje mnie do wyjazdu na misje. To wielki dar i spełnienie moich dziecięcych marzeń. Im bliżej wyjazdu, tym wyraźniej widzę swoją słabość i kruchość. Mimo odważnej decyzji wciąż boję się tego, co będzie: olbrzymich małych pająków, wciąż brzęczących komarów, karaluchów w każdym kącie pokoju i pod prysznicem… A przede wszystkim tego, że upadnę, zbłądzę, zagubię się w miłości. Boję się, że jak św. Piotr na Jeziorze Galilejskim – zacznę tonąć.

        Pomimo lęku pragnę wciąż iść. Podążać za tym głosem, który każe mi jechać do nieznanej i dzikiej Afryki. Opuścić to co daje mi komfort i stabilne życie, aby znaleźć to co najważniejsze. Wiem jednak, że sama nie zdołam przejść tej drogi. Proszę zatem już dziś o modlitwę – abym nigdy nie straciła z oczu Jezusa, bo tylko Jego kochające spojrzenie pozwoli mi kroczyć po wodzie.


„Duchu Święty naucz ufać Ci bez granic 
i poprowadź mnie po wodzie, 
gdziekolwiek mnie powołasz. 
Zabierz dalej niż mnie nogi mogą ponieść. 
Będę wierzył coraz mocniej 
w obecności mego Zbawcy.” 
- Oceans, Hillsong

https://www.youtube.com/watch?v=zkMh2_LUsdg


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz